Wiadomości z Ukrainy. Niedziela 6 marca Jarosław Krawiec OP

Dzwoniąc do ks. Misza w Fastiwie to dziś prawie cud. Do tej pory mi się nie udało. Nic dziwnego, jest niedziela i wojna… ale też urodziny. Więc liczę na cud.

Drogie Siostry, Drodzy Bracia,

w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu na Ukrainie rozpoczął się Rok Krzyża Świętego, ogłoszony przez biskupów rzymsko-katolickich. Ale w rzeczywistości jego początek nastąpił 24 lutego, w czwartek po godzinie 4:00, kiedy pierwsze rosyjskie pociski uderzyły w Ukrainę. „Teraz jak nigdy dotąd – piszą dziś nasi pasterze – rozumiemy Chrystusa na drodze krzyżowej”.

W sobotę większość z nas zaangażowała się w zakupy i pomoc tym, którzy zostali ciężko dotknięci wojną. Zabiera dużo czasu i energii. Ksiądz Oleksandr, wypożyczony z Caritasu autobusem, wraz z wolontariuszami przewoził ludzi z Irpiena. To miasto, położone kilka kilometrów na północny zachód od Kijowa, zostało zbombardowane i zniszczone przez Rosjan. W ciągu ostatnich kilku lat bardzo się rozwinął i podobnie jak Kijów przyciągał młodych ludzi i rodziny. Dziś duża część mieszkańców Irpiena została bezdomna. Gdy tylko ustały walki na tym terenie, władze miejskie i wolontariusze pospieszyli z pomocą tym ludziom.

Wieczorem z jednym z klasztornych wolontariuszy udaliśmy się na kijowski dworzec kolejowy. W środku i na dworcu jest ogromny – gigantyczne tłumy. Ze względów bezpieczeństwa w większości pokoi zgaszono światła. Było ciemno i głośno. Rozmowy ludzi mieszały się z wiadomościami płynącymi z megafonów o przyjeżdżających i odjeżdżających pociągach. Podróżni muszą ich uważnie słuchać, ponieważ to prawie jedyny sposób, aby się dowiedzieć. Ludzie na stacji to głównie rodziny i matki z dziećmi. Także z tymi, którzy są zupełnie malutcy, którzy w tym czasie powinni spać w swoich łóżkach. Przeszłam obok mojego taty, który spokojnie, ale stanowczo powiedział do swoich małych dzieci: trzymaj się mocno mamy. W takich warunkach strasznie się zgubić. Wiele dzieci siedziało z telefonami w rękach. Bawili się, bawili, to jakaś pociecha, szansa na odwrócenie ich uwagi od tego, co się dzieje, chociaż na chwilę. W pobliżu dworca znajduje się znany na Ukrainie szpital dziecięcy Ohmatdyt. Pracuje cały czas, chociaż został już zbombardowany. Na stacji byli też starsi ludzie, widziałem kilka osób na wózkach inwalidzkich. Ktoś miał psa na smyczy. Mój własny brat Mariusz, który jest mnichem Paulistą, służy i mieszka we Lwowie. Rano powiedział mi, że na lwowskim dworcu jest dużo psów. Część z nich, nie mogąc ich poprowadzić dalej, opuściła je z nadzieją na znalezienie nowych właścicieli.

Kiedy wróciliśmy do klasztoru, okazało się, że znów musimy siedzieć w samochodzie. Nasz kucharz, który w czasie wojny mieszkał w klasztorze, spadł ze schodów. Baliśmy się, że złamała rękę. Natychmiast wezwaliśmy karetkę, ale w stanie wojny zespoły karetek nie jeżdżą do takich przypadków. Otrzymaliśmy adresy dwóch najbliższych szpitali. Było już po 20:00 i zaczęła się godzina policyjna, co oznaczało, że ludzie nie mogli opuszczać swoich domów. Co robić? Założyłem biały dominikański habit i poszedłem do najbliższego skrzyżowania strzeżonego przez obronę terytorialną. Nasi chłopcy, widząc mnie z bronią, ustawili się w pozycjach obronnych. Więc wyciągnąłem ręce, aby dać im znać, że nie przychodzę ze złymi intencjami. Porozmawialiśmy chwilę i ustaliliśmy, że musimy wziąć samochód i jechać do szpitala, bo z takim bólem trudno czekać do rana. Radzili jednak nie spieszyć się po drodze i zwalniać na każdym punkcie kontrolnym. Ulice były całkowicie wyludnione, więc szybko znaleźliśmy się na izbie przyjęć pobliskiego szpitala. Okazało się, że nasza pani nie złamała ręki, ale skręciła lub skręciła. Chirurdzy zrobili to, co trzeba było zrobić szybko i mogliśmy wrócić. Ta sama ścieżka, te same kontrole i pytania. W szpitalu, choć wieczorem większość świateł została zgaszona, nadal są pacjenci. Nie tylko na wojnie. Personel izby przyjęć powiedział mi: przecież ludzie cały czas mają „zwykłe” choroby. W tych warunkach uznałem, że to jedna z najgorszych rzeczy, jaka może się komuś przytrafić. A co mają robić ludzie w miejscach odciętych od świata przez działania wojenne? Wolę nie myśleć.

W szpitalu rozmawiałem przez chwilę z pilnującymi go policjantami. W Kijowie habit dominikański budzi raczej zdziwienie i ciekawość, aw czasie wojny często podejrzliwość. Wystarczy jednak krótkie wyjaśnienie, a ponieważ w prawosławiu są klasztory i mnisi, również jesteśmy traktowani ze współczuciem. Na koniec krótkiej rozmowy panowie poprosili o błogosławieństwo.

Dzwoniąc do ks. Misza w Fastiwie to dziś prawie cud. Do tej pory mi się nie udało, więc więcej o Fastowie będzie w następnym liście. Nic dziwnego, jest niedziela i wojna… ale też urodziny. Więc liczę na cud.

Wczoraj wieczorem pomoc od Chmielnickiego dotarła do nas pociągiem. Wielkie podziękowania należą się przyjaciołom parafii Chrystusa Króla, w której posługują również nasi bracia, oraz jej proboszczowi ks. Mykoła za podzielenie się z nami tym, co otrzymali. Prawie tona jedzenia. Większość ks. Oleksandra zabrała się rano do klasztoru

Korzystając z Serwisu Internetowego Użytkownik może ustawić swoje preferencje plików cookies, w szczególności zgodzić się na umieszczanie opisanych powyżej plików cookies w swoim komputerze lub na innym urządzeniu. Zgoda na przetwarzanie plików cookies jest dobrowolna. Użytkownik może jednak zawsze kontrolować zainstalowane pliki cookies. Jednak usunięcie bądź zablokowanie cookies może wpłynąć na sposób korzystania z Serwisu Internetowego, ponieważ niektóre jej obszary mogą stać się niedostępne.